Pierwsza noc w Kolumbii za mną. O 5:00 rano moje oczy otworzyły się same i nie było już mowy o dalszym spaniu – jetlag bezlitośnie przypomniał o różnicy czasu. Zresztą w samolocie uciąłem sobie taką drzemkę, że teraz po prostu nosiło mnie, żeby w końcu wyjść i zacząć działać.


Mimo wczesnej pobudki, poranek i w zasadzie cały dzień upłynęły w dość leniwym rytmie. Około 9:00 ruszyłem w miasto na pierwszą, prawdziwą kolumbijską kawę. I tu mega zaskoczenie – za średnie americano zapłaciłem w przeliczeniu jakieś 5 ziko. Cena petarda, a smak? Wiadomo, klasa światowa.
Misja: Kawa, taśma klejąca i trening na dachu świata
Przy okazji załatwiłem pierwszą ważną misję: kupiłem paczkę lokalnej, zmielonej kawy. Od jutra odpalam własne parzenie w mieszkaniu i nie muszę się prosić o kofeinę.
Żeby nie było, że tylko się obijam, około 10:00 wjechał szybki, 30-minutowy trening. Powiem Wam jedno: Bogota leży na ponad 2600 metrach nad poziomem morza i ta wysokość robi robotę. Zmęczyłem się jak pies, płuca paliły dwa razy szybciej niż zwykle, ale endorfiny wystrzeliły.

Potem znowu ruszyłem w miasto, bo miałem do odhaczenia kolejne punkty programu. Musiałem namierzyć sprawdzony kantor oraz sklep, w którym dostanę taśmę klejącą. Po co? Ano po to, żeby zabezpieczyć folię na moim bagażu rejestrowanym, bo musiałem go wcześniej rozciąć. Wszystko udało się sprawnie ogarnąć.
Kulinarne odkrycia i miejskie rowery
W międzyczasie rozpracowałem system tutejszych rowerów miejskich. Zainstalowałem już dedykowaną aplikację i na jutro mam gruby plan – zamierzam śmignąć na dwóch kółkach prosto do muzeum.
Jeśli chodzi o gastro, to śniadanie było jeszcze mocno partyzanckie – zjadłem w mieszkaniu ostatnią kanapkę z podróży i jakieś krakersy kupione rano. Za to na obiadokolację wjechał już konkretny, lokalny klasyk: solidna porcja wieprzowiny z ryżem i groszkiem.


Mało? Pewnie, że mało. Na dokładkę wjechały legendarne empanadas, które popiłem genialnym owocowym szejkiem (nazwa była tak lokalna, że nawet jej nie powtórzę). W drodze powrotnej zrobiłem jeszcze szybki desant na market po Colę Zero, jogurt i bułki na jutrzejsze śniadanie. Widziałem też na półkach jajka, więc pojutrze wjeżdża tradycyjna, porządna jajecznica!
Ciemna strona Bogoty: Moja pierwsza „ogon”
Powrót do mieszkania przyniósł jednak chwilę, która błyskawicznie postawiła mnie na baczność. Zauważyłem gościa, który niby szedł przede mną, ale co chwilę zmieniał strony ulicy, kręcił się i udawał, że czegoś szuka. Minąłem go, a on natychmiast ruszył moim śladem. Kątem oka widziałem, że bezczelnie mnie obserwuje.

Zatrzymałem się – on też przeszedł kawałek, stanął i zaczął się rozglądać. Kiedy znowu ruszył w moją stronę, nie wytrzymałem. Poszedłem prosto na niego i mocno zmierzyliśmy się wzrokiem. Obejrzałem się za siebie – zawrócił i znowu szedł za mną. Skręciłem w swoją ulicę, on znowu za mną. Postanowiłem go skasować manewrem: zawróciłem ostro do skrzyżowania.
Typ przeszedł kawałek, rozejrzał się i znowu zaczął iść w kierunku skrzyżowania. Ruszyłem twardo na niego, znowu cięcie wzrokiem, po czym błyskawicznie wszedłem do swojego bloku. Przez chwilę obserwowałem wejście przez szybę – przeszedł wzdłuż budynku, udając, że rozmawia przez telefon.
Szybka analiza wsteczna: gość był niesamowicie natarczywy i nawet specjalnie się nie krył. Czekał pewnie tylko na jeden moment – aż wyciągnę z kieszeni telefon, żeby mi go bezczelnie wyrwać z rąk. Nie dałem mu tej satysfakcji, więc obszedł się smakiem.
Podsumowanie dnia: Bogota przywitała mnie świetną kawą, dobrym gastro i… szybką lekcją pokory. Ameryka Południowa nie wybacza błędów i braku czujności. Od jutra zasada jest jedna: oczy dookoła głowy, telefon głęboko w kieszeni i podwójna ostrożność przy każdym wyjściu na miasto. Klimat jest gęsty, ale właśnie po to tu przyjechałem!


Dodaj komentarz