Kolejny dzień w stolicy Kolumbii. Poranek zacząłem zgodnie z planem: kawa z własnego parzenia, solidne rozciąganie i ustalenie trasy na dzisiaj. Na celownik wziąłem Muzeum Narodowe oraz słynne Muzeum Złota. Śniadanie w postaci bułek z jogurtem okazało się zaskakująco sycące – trzymało mnie energią aż do 17:00.
Rowerowa klapa i „cień” numer dwa
Miałem jechać do centrum rowerem miejskim, ale apka odmówiła współpracy i nie mogłem go odblokować. Musiałem ruszyć z buta. I nie zgadniecie co? Oczywiście, od razu „doczepił” się do mnie jakiś amigo, wyglądający na około 18 lat.
Szedł za mną jak cień. Kilkukrotnie przeszywałem go wzrokiem, zatrzymywałem się, żeby go obserwować, aż w końcu odpuścił. Pewnie zauważyli mnie przy rowerach, gdy musiałem wyciągnąć telefon, żeby spróbować go odblokować. To była moja pierwsza lekcja dzisiaj: w Bogocie telefon to magnes na kłopoty.
Deszcz, kulawy i pełna czujność
Po drodze złapała mnie ulewa, więc chroniłem się pod drzewami i daszkiem loterii przy skrzyżowaniu. Wtedy moją uwagę przykuł kulawy facet, około pięćdziesiątki, który przyglądał mi się ukradkiem. Ruszyłem w stronę Muzeum Narodowego, stosując mój nowy patent: obserwowanie otoczenia przez odbicia w witrynach sklepowych.
[TUTAJ WSTAW ZDJĘCIE: Deszczowe ulice Bogoty / Widok zza szyby witryny sklepowej]
I nagle, w odbiciu… widzę tego kulawego! Myślę sobie: „No kurwa, nawet kulawy chce mnie ojebać?”. Znowu rzuciłem mu chamskie spojrzenie, wbiłem do centrum handlowego, załatwiłem swoje sprawy i wyszedłem zupełnie innym wyjściem, żeby zgubić ogon.
Muzealne bogactwa i ucieczka do bazy
Muzeum Narodowe zaliczone, a potem ruszyłem do Muzeum Złota. I powiem Wam – tam naprawdę wisiało w powietrzu tyle kasy, że aż trudno to opisać. Po zwiedzaniu miałem już dość ciągłego oglądania się za siebie, więc zamówiłem Ubera.



Oczywiście, jak stałem z telefonem pod muzeum, żeby zamówić kurs, znowu kręcił się wokół mnie jakiś gość, tym razem starszy, około 55 lat. Na szczęście Uber przyjechał szybko. Wieczorem postanowiłem zostać w mieszkaniu, bo miałem już dość tego ciągłego stresu na mieście i oglądania się za siebie.

Misja: Motocykl i notariusz
Na mailu czekała mnie też konkretna sprawa dotycząca odprawy celnej mojego motocykla. Okazuje się, że muszę podpisać dokument notarialny, który upoważni firmę do załatwienia spraw w moim imieniu.
Jutro czeka mnie więc kolejna misja: wydruki i poszukiwanie notariusza. Mam nadzieję, że te wszystkie akcje z „ogonami” w Bogocie to tylko przysłowiowy falstart. Z jednej strony teraz wiem, że muszę mieć oczy dookoła głowy, z drugiej – każda osoba na ulicy jako potencjalny złodziej na dłuższą metę może wykończyć psychicznie. Oby z czasem to się zmieniło!
Podsumowanie dnia: Dzień muzealny zaliczony, złoto obejrzane, a ja przeżyłem kolejny test czujności. Bogota nie daje się nudzić, ani na chwilę nie pozwala zapomnieć o zasadzie ograniczonego zaufania. Jutro notariusz, czyli kolejny krok do tego, żeby mój sprzęt w końcu wjechał do Kolumbii. Piona!


Dodaj komentarz